Tajemnica to wielka, pisze święty Paweł, wracając do tego obrazu stworzenia człowieka – stworzenia kobiety i mężczyzny. I bez wątpienia my dzisiaj świadkami takiej tajemnicy też jesteśmy, bo słyszymy, że na naszych oczach to się stanie. Weszli tu jako dwoje, a wyjdą jako jedno. I chociaż zewnętrznie pozornie nic się nie zmieni, o tym powiedzą nam różne znaki – choćby obrączka na palcu – to my będziemy świadkami tego tajemniczego cudu.
Ale święty Paweł dodaje: „a ja mówię w odniesieniu do Chrystusa i Kościoła”. O co mu tutaj chodzi? Najpierw, żeby to zrozumieć, musimy sobie zadać inne pytanie: czemu właściwie tutaj? Czemu właściwie gromadzimy się w naszym parafialnym kościele przy ołtarzu? Żeby były ładne zdjęcia? Bo tak trzeba, bo wymaga tego tradycja, czy może coś jeszcze? Niekoniecznie. Właśnie tu jest ten klucz, który przez świętego Pawła Pan Bóg chce dać dzisiaj wam, wyprawiając was w tę drogę, która dopiero się tak naprawdę zacznie.
Znajomi przygotowują się do ślubu – akurat za tydzień go biorą – i wzdychają, jak bardzo by już chcieli, żeby to wszystko się skończyło: te przygotowania i załatwianie wszystkiego. A to się dopiero wtedy zacznie! Chyba jeszcze zatęsknią za przygotowywaniem wesela.
Zobaczcie, moi drodzy, cały ten kontekst, w którym się spotykamy tutaj w świątyni podczas ofiary mszy świętej, przy ołtarzu służącym do składania ofiary... To wszystko, co widzimy, co Pan Bóg mówi do nas przez znaki i przez swoje Słowo, jest dla was dzisiaj instrukcją i mapą na tę nową drogę, na którą wkraczacie.
Najpierw może to: słyszymy, jak św. Paweł przypomina nam, żeby postępować drogą miłości, bo i Chrystus nas umiłował. Ale jak nas umiłował? Co takiego największego zrobił z miłości do nas? Św. Paweł mówi, że Chrystus nas umiłował i samego siebie wydał za nas. Tym jest każda msza święta. My mamy udział właśnie w tym wydarzeniu. Chociaż jesteśmy w Wołominie, dwa tysiące lat później, rzeczywistość sakramentów otwiera nam taką bramę, że duchowo mamy dostęp do tego, co Jezus zrobił na Golgocie. A co zrobił? Właśnie to, co dzieje się w momencie przeistoczenia, kiedy kapłan powtarza Jego słowa: „bierzcie i jedzcie, bierzcie i pijcie, to jest ciało moje, to jest kielich krwi mojej”.
Modliliśmy się za was na początku mszy – i potem proszę nie mieć pretensji do księdza ani do rodziny i znajomych, że wszyscy to przypieczętowali, mówiąc Amen – niech tak się stanie. Modliliśmy się, prosząc, abyście przez całe życie, przez sakrament małżeństwa, urzeczywistniali to, co ten sakrament oznacza. Bez Pana Boga nie da rady. To jest tak wielkie zadanie.
Bo co oznacza ten sakrament? Właśnie to, co Paweł pisze – że to tajemnica w odniesieniu do Chrystusa i do Kościoła. Pan Bóg daje wam piękne, ale i wymagające zadanie: od za piętnaście minut wszyscy, którzy tu siedzą, i wszyscy ludzie, których Pan Bóg postawi na waszej drodze, patrząc na was, mają pomyśleć: „Kurczę, taka miłość naprawdę istnieje”. To nie jest tak, że księża sobie coś opowiadają, bo tak jest napisane w podręczniku do bycia księdzem i nie mają innego wyjścia. Patrząc na was – a sami wiecie, jak dziś różnie bywa z doświadczeniami wyniesionymi z domu czy ze związków, gdzie pojawia się znak zapytania, czy taka miłość w ogóle istnieje – mają to zobaczyć.
Odtąd nie tylko macie uczyć się od Jezusa, ale wobec siebie macie całym swoim życiem powtarzać to, co Jezus mówi podczas każdej mszy: „Bierz, to jest ciało moje, to jest mój kielich, to jest całe moje życie. To jestem ja cała, ja cały. Chcę oddać się tobie w całości ze wszystkim i ciebie całego, ciebie całą przyjąć”.
Gdyby się tak zastanowić – ja tego nie wiem – jaki był moment w waszym życiu, że uświadomiliście sobie, iż to nie jest tylko sympatia i dobre spędzanie czasu? Jaki był ten pierwszy moment, kiedy pomyśleliście o drugiej osobie: „On/Ona naprawdę mnie kocha”? Co to było?
Zobaczcie, chociaż to trudne i nie lubimy słuchać o takich rzeczach, bo fajnie jest, gdy jest wygodnie i łatwo: nie ma prawdziwej miłości bez ofiary. Bez oddania siebie, gdy nie chodzi mi już tylko o to, żeby mi było dobrze, ale żeby tobie było dobrze. I właśnie po to Pan Bóg daje wam w sakramencie małżeństwa swoją łaskę.
Czytamy Ewangelię nie tylko dlatego, że zaraz będzie wesele, a w Ewangelii też jest o weselu. Zobaczcie, to jest kolejna garść bardzo konkretnych wskazówek. Na weselu była Maryja, która pierwsza widzi, że coś jest nie tak, a zaproszono tam także Jezusa i Jego uczniów. Pierwsza sprawa: mieć zawsze w swoim domu Matkę Bożą i zaprosić do swojego życia Jezusa. Wierzę, że chcecie to zrobić przez sakramentalny związek małżeński. Żeby katolickie małżeństwo zagrało tak, jak chce tego Pan Jezus, potrzeba w jego składzie katolików. Związki kobiet i mężczyzn istnieją od zawsze, ale żeby małżeństwo katolickie hulało, pierwszą sprawą jest wasz osobisty – Karoliny i Łukasza – związek z Panem Jesusem.
Co dzieje się dalej? Bardzo lubię tę Ewangelię, bo tu na pierwszy rzut oka nic się nie zgadza (nie życzę wam, żeby coś takiego wydarzyło się zaraz na weselu). Maryja widzi, że nie ma wina. Jezus odpowiada tak, jakby był niechętny, na co Maryja mówi sługom: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie”. Liczy się z tym, że Jezus może powiedzieć: „Dajcie spokój”. Dalej: każe im napełnić wodą naczynia, które służyły do rytualnych obmyć, a nie do picia. To tak, jakby zabrakło czegoś na weselu i świadek przyniósł naczynie na wodę święconą. Każdy zapytałby, o co chodzi, a co dopiero, gdyby kazał z tym iść do pana młodego.
Podziwiam sługi z dzisiejszej Ewangelii, że mieli odwagę przyjść do Jezusa z tymi stągiewkami napełnionymi wodą. Ja bym się bał kompromitacji. Zobaczcie, ile tej wody nanieśli, ufając Jezusowi i robiąc wszystko, cokolwiek powie, chociaż w pierwszym momencie wydawało się to bez sensu. Było tam kilkadziesiąt, a nawet ponad sto litrów wody. Po co to komu? Zrobili to, co Jezus im powiedział, i dlatego dokonał się cud – stali się jego świadkami.
A zatem, moi drodzy: zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie. Choćby wielu dzisiaj mówiło, że to bez sensu, że jest 2026 rok, pytając: „Wy tak robicie? Ksiądz tak powiedział na kursie przedmałżeńskim? Świat się zmienia, nie przesadzajmy”. Zróbcie wszystko, cokolwiek Jezus wam powie, żeby ten przepis się udał i żeby wyszło z niego to, co ma wyjść.
I najważniejsza sprawa: te setki litrów wody. Woda wydaje się bez smaku i nijaka, ale jak człowiek jest spragniony, nie ma nic lepszego. Tej wody trzeba było aż tyle przynieść, żeby stała się winem – i to nie jakimkolwiek, bo starosta weselny pochwalił pana młodego, że nie postawił byle czego, ale dobre wino.
Wracamy do punktu wyjścia. Nie wiem, czy takie deklaracje oddawania za siebie życia i ofiary padały dotychczas w waszym życiu. Fajnie to wygląda w teledyskach czy filmach, gdzie ktoś bohaterko oddaje życie za ukochaną. O wiele trudniej oddać swoje życie, jak trzeba wypakować zmywarkę, wyrzucić śmieci albo zostać wieczorem w domu. O wiele trudniej o takie oddawanie życia.
Pan Jezus chce wam dzisiaj przypomnieć – nie po to, by pozbawić waszą wizję wspólnego życia tego, co piękne, ale dlatego, że to realistyczne – iż naszego życia nie tworzą same wielkie decyzje o kupnie domu czy samochodu, ale właśnie taka proza. Tej wody – tego, co zwykłe, codzienne i wypełnione miłością – trzeba naznosić sobie na co dzień mnóstwo. Prziniesiona Jezusowi z wiarą stanie się najwyborniejszą miłością o najwyborniejszym smaku.
W to wszystko Pan chce was dzisiaj wyposażyć. Żeby rzeczywiście, kiedy będziecie obchodzić 5, 10, 15 czy 50 rocznicę ślubu, ktoś patrząc na was dostrzegł promień, przez który będzie mógł poznać miłość Pana Boga i pomyśleć: „Kurczę, taka miłość naprawdę w świecie istnieje”.